Dla odmiany ten tydzień był wolny (w dosłownym słowa znaczeniu) i bardzo leniwy, choć czwartek, piątek i połowę soboty zajęło mi latanie po sklepach – najpierw za butami i bielizną ślubną, później obrączki, mierzenie sukienek i ostateczna decyzja co do niej, a w końcu galeriowy maraton z moją mamą, która przyjechała na weekend.
Niedziela to za to błogie lenistwo i relaks w kuchni. Korzystałam z tego, że mój TŻ wyjechał na weekend 😉 Zrobiłam zupę-krem z pora i pieczarek z mięsem mielonym (zdjęcie niżej) i czekoladowe trufle, które zniknęły tak szybko, że nie zdążyły załapać się na zdjęcie 😉

Podano do stołu!
1. Omlet z tuńczykiem, oliwkami i mozzarellą, ze świeżą pietruszką i sosem słodkim chilli.
2. Zupa-krem z pora i pieczarek z mięsem mielonym.
3. Czekolada własnej produkcji. Zero wyrzutów sumienia! 🙂

Pozostając w temacie jedzenia – mój „ziołowy parapet” się powiększył. Kupiłam miętę, posadziłam kiełkującą cebulę na szczypior i zasiałam sałatę masłową (dzięki, Zielpy!), oregano i bazylię cytrynową, dosiałam też pietruszkę do „starej” doniczki. Już teraz wiem, że przesadziłam ze wsypywaniem całej torebki nasion do jednej małej doniczki (całe szczęście, że nie zrobiłam tego z sałatą), więc jeśli ktoś reflektuje na krzaczek (ewentualnie 10) bazylii albo oregano – chętnie odstąpię 😉

Moje promocyjne „łupy” z Rossmanna. Gdyby nie moja mama, pewnie nie uległabym pokusie przez pełne 3 tygodnie. Niestety, jak już wpadłyśmy na stoisko z kolorówką to… Lepiej nie pytać, o ile Rossi się wzbogacił 😉
W dodatku wczoraj odkryłam, że mój czarny lakier do niczego się już nie nadaje, a mój ukochany róż (Rimmel, Salon Pro Lycra, 247 Isn’t she precious?) właśnie się skończył więc to nie koniec zakupów.

Kupiłam też chyba najtańszy z możliwych pędzel kabuki. Z premedytacją zdecydowałam się na chińszczyznę, bo jest mi on potrzebny jedynie na kilka razy. Zamówiłam próbki podkładów mineralnych, aby przy zamówieniu pełnowartościowego produktu być pewną co do odcienia i formuły produktu, a czymś muszę te próbki nałożyć.
Natomiast kiedy już się zdecyduję na pełnowymiarowy produkt, zamierzam kupić „normalny” pędzel i tutaj prośba do Was – jakie marki i jakie produkty polecacie? Uprzedzam, że nie chciałabym wydawać od razu 80 czy 100 zł 😉

W weekend pod szczecińskim Tesco extra stacjonowały Monster Trucki. Szczerze mówiąc nie zrobiły na mnie nie wiadomo jakiego wrażenia, ale mój tata zażyczył sobie jedną sztukę, kiedy zobaczył zdjęcia 😛

Kolejny ślubny dylemat – obrączki. Mnie nie podobają się żadne (poza jednym modelem Breuninga, ale umówmy się, że 3300 zł za sztukę to sporo ;)), a mojemu narzeczonemu te z żółtego złota, którego ja z kolei nie lubię i prawie nie noszę.
Najwyżej stanie na tym, że zamówimy 2 inne modele 😛


I anegdotka, której bohaterką znów jest M. 😉

Mieszkańcy Szczecina na pewno będą wiedzieć, o co chodzi, pozostałych odsyłam do Google Maps.
Dodam też, że M., tak samo jak i ja, jest zakupoholiczką. No dobra, może trochę mniejszą.
W każdym razie któregoś dnia wracając z Castoramy idziemy na przystanek autobusowy. Mijamy Rondo Uniwersyteckie i nagle słyszę (M. chyba chciała przerwać sekundę ciszy):
M: To rondo wielkie jest, nie? Jak Biedronka!
Na porównywanie powierzchni czegokolwiek do sklepów jeszcze nie wpadłam… 😀 Ale fakt, to chyba największe rondo w mieście 😉

Obserwuj mnie na:
error