Ten tydzień (a przynajmniej druga jego połowa) minęła mi pod znakiem przeziębienia. 1,5 tygodnia nie poddawałam się bakteriom, ale niestety w końcu mnie dopadły. Wobec powyższego połowę czwartku, piątek i sobotę spędziłam w łóżku głównie pijąc sok z cytryn z miodem i śpiąc. Dziś na szczęście poczułam się lepiej, więc nadrobiłam domowe zaległości – wyprałam i posprzątałam, co trzeba.
Z grilla, o którym pisałam przedwczoraj niestety nic nie wyszło. Sobota była tak brzydka, że nawet gdybym nie miała gorączki i zapchanego nosa, i tak bym nie wyszła. Było zimno, lało i wiało… Paskudny początek wiosny. Za to dziś obudziło mnie słońce i mimo zaledwie 4 stopni na termometrze, jakoś lepiej było mi wstać i zacząć żyć 😉

Zaczynamy od Fotomenu!
Kolumna po lewej: sałatka z wędzonym łososiem i oliwkami; sałatka z wędzonym łososiem, szalotką i zieloną pietruszką; owsianka z wheyem truskawkowym, kremem z białej czekolady i suszonych truskawek i bananem.
Kolumna po prawej: owsianka z waniliowym wheyem, kakaowym masłem orzechowym i czarnymi porzeczkami; sajgonki/spring rollsy z łososiem i warzywami. Wynagrodziły mi brak grilla 😉

Wtorkowy posiłek potreningowy – sałatka z jajkiem, bekonem, kurczakiem i parmezanem, do tego sos anchois. Pyyyyszna! I idealnie wpasowała się w moje makro 🙂

KOCHAM mango! To chyba mój ulubiony owoc. Miało go co prawda nie być tutaj, ale… No właśnie – „ale”. Zajrzyjcie do anegdotek na końcu wpisu 😉

Najlepsze kosmetyki to te z jednoelementowym składem! Dorzuciłam się do zamówienia mojej M. i wzięłam masło kakaowe, spirulinę i masło mango. Póki co użyłam masła kakaowego do stworzenia tłustego kremu używanego po oczyszczaniu twarzy. Uwielbiam jego czekoladowy zapach <3

Some selfies! 😀 Mimo tradycyjnej pobudki o 5:20 i wyjścia z domu o 5:50, po zrobieniu śniadania, makijażu, ubraniu się, spakowaniu lunchboxów, miałam jeszcze masę wolnego czasu, co nigdy mi się nie zdarza. Wykorzystałam go kreatywnie, jak widać 😛

Moje zdjęcia zaćmionego słońca niestety średnio nadają się do publikacji. Widać na nich jedynie błyszczące koło – więc tyle, co nic. Te obok są autorstwa mojego taty, który o niebo lepiej posługuje się sprzętem fotograficznym, co widać na załączonych obrazkach.
Dodam, że są nietknięte Photoshopem – żadnych kontrastów, rozjaśnień, przyciemnień ani innych takich 😉


Czas na anegdotki 😉 Rozpocznę od zapowiedzianej już z mango.

Jako że przez 2 dni byłam niemalże przykuta do łóżka (a przynajmniej nigdzie nie wychodziłam), poprosiłam mojego narzeczonego o zrobienie małych zakupów, kiedy będzie wracał z pracy. Lista zawierała m.in. orzechy, avocado, banany, włoszczyznę i inne takie. TŻ wrócił, wypakowuje wszystko i komentuje informując mnie, co kupił. Na końcu wyciąga mango.
: A avocado to ci takie kupiłem.
M: (powstrzymuję śmiech)
: No bo były jeszcze takie małe i zielone. Już je miałem brać, ale zobaczyłem, że jeszcze takie większe są. To największe ci wybrałem.
M: (śmiech) Ale to nie jest avocado. To mango.
: O kurczę! To nie może być?
M: No może być. Zjem je, bo lubię, ale ciasta z niego nie zrobię.
No i musiałam zmienić koncepcję na z key lime pie na tartę cytrynową 😉

***

Namówiłam TŻa, żeby kupił sobie jakiekolwiek ryby i jadł je chociaż 2x w tygodniu. Padło m.in. na zapuszkowane śledzie. Wróciliśmy z zakupów, zjadł, siada koło mnie i coś mówi.
M: Ej, ale nie chuchaj na mnie tak tymi rybami.
: No co się tak krzywisz? To są bardzo potrzebne kwasy omega-3… Czy jakoś tak.
No i w końcu się nauczył! Tylko dlaczego ja muszę cierpieć? 😛

Obserwuj mnie na:
error