O grudniu już prawie zdążyłam zapomnieć, ale muszę przecież napisać jego podsumowanie. Prawdziwej zimy w ubiegłym miesiącu nie uświadczyłam, były może 2-3 dni mrozu? Uroki mieszkania „nad morzem” 😉 Raz czy dwa poprószył też śnieg, ale topniał szybciej niż spadał, dlatego też pierwszy bieg w czymś, co miało być namiastką zimy, odbyłam dzisiaj.

Niestety, z moją pamięcią bywa kiepsko, za to o wiele lepiej ma się mój wewnętrzny leń, dlatego też tabelka z treningami nie jest uzupełniona należycie. Muszę sobie sprawić analogowy kalendarz, bo każdorazowe wchodzenie na stronę Endomondo po wykonanym treningu w celu jego odnotowania znużyło mnie na tyle, że zaczęłam je odkładać „na później”. Później nigdy nie nadeszło.
Tak więc w grudniu mam wprowadzone tylko wszystkie biegi i kilka treningów siłowych. Wierzcie mi na słowo, że w każdym tygodniu było ich około trzech-czterech 😉 Najczęściej jakieś para-splity z kettlem, gdyż reszty sprzętu jeszcze nie przywiozłam.

O rewolucji w moim odżywianiu pisałam już kilka tygodni temu. Wciąż staram się dostarczać więcej energii z tłuszczów niż z węglowodanów i (tak mi się przynajmniej wydaje) dobrze na tym wychodzę. Jeden dzień w tygodniu poświęcam na doładowanie się węglami. W grudniu były to Święta (okej, 2 dni 😛 ) i Sylwester. Po takim dniu zdecydowanie lepiej mi się biega i mogę pokonywać dłuższe dystanse. Bez tego 7 km to mój max. Przy ośmiu musiałam już robić przerwy.
Zupełnie nie odczuwam tego za to przy treningach siłowych. Zawsze daję z siebie 101% i żadne spadki formy czy odcięcia paliwa mi nie doskwierają.
Na codzień równiże czuję się dobrze, nie jestem osłabiona, nie boli mnie głowa ani nie dolega mi nic innego. Dlatego też zostaję przy LCHF. Tym bardziej, że w końcu nie ciągnie mnie do słodyczy 😉

A jak Wam minął ostatni miesiąc starego roku? Jesteście z niego zadowoleni czy wolicie oddzielić go grubą kreską i w styczniu zaczęliście wszystko od nowa? 😉

Obserwuj mnie na:
error