Święta, Święta i po Świętach. Żałuję, że mieliśmy tak mało czasu na spędzenie tego okresu z naszymi bliskimi, ale ważne, że w ogóle udało nam się wyrwać. I teraz znów będę czekać rok na te trzy magiczne dni. Ale najpierw odliczanie do wiosny 🙂

W tym tygodniu jedzenia wyjątkowo mało. Część widzieliście we wpisie Fit Święta i nie chciałam się już powtarzać z pierogami, a reszcie po prostu nie robiłam zdjęć – wyleciało mi to z głowy.
1. Serek wiejski zmiksowany z pomarańczą, przekładany otrębami gryczanymi, plastrami pomarańczy i słonecznikiem, polany miodem daktylowym i posypany suszoną morwą, rodzynkami i siemieniem lnianym.
2. Smoothie ze szpinaku, grejpfruta, mleka sojowego i miodu daktylowego z orzechami włoskimi.
3. Smoothie ze szpinaku, gruszki, mleka sojowego, miodu daktylowego i pistacji.

Tak wygląda prawdziwa szynka! 🙂 Moi dziadkowie mają swoje świnki i sami robią wędliny. 100% eko/bio/whatever.
Ja takich rzeczy nie jadam, ale mój narzeczony ucieszył się z tego prezentu 😉
(Anegdotka a propos szyneczki na końcu wpisu!)

Już prawie cały sprzęt jest ze mną w Szczecinie, brakuje mi tylko hantli i sztangi. Piłkę wykorzystałam już wczoraj w pierwszym treningu po Świętach 🙂

Wspominałam już o tym, że jestem sroką? 😉 Biżuteria jest jednym z tych prezentów, które w moim przypadku (prawie) zawsze będą trafione. Bransoletkę z diamentowanego srebra dostałam od rodziców i od razu zaświeciły mi się oczy 😀 My fave one! <3

Poświąteczna forma. A jak z tym u Ciebie? 🙂


Na koniec dwie anegdotki. Pierwsza zapowiedziana – o szyneczce.

W Wigilię dzwoniłam do dziadków z życzeniami świątecznymi. Ponieważ dzień później mieliśmy się spotkać u moich rodziców, babcia spytała, co bym od nich chciała. Dziadkowie mają własne gospodarstwo, więc obdarowują nas tym, co im urośnie, zniesie się itd. Poprosiłam tylko o jajka, a na pytanie o mięso odparłam, że i tak nie mamy miejsca w lodówce ani zamrażarce, ponadto ja za wieprzowiną nie przepadam. 
Przy odjeździe babcia podaje mi reklamówkę z jajkami, zaglądam do niej i widzę w środku szyneczkę.
Ja: Baaaabciu, przecież mówiłam, że nie chcę mięsa.
Babcia: No wiem, że nie chcesz. Dlatego ci szynkę wsadziłam.
Najgorsze (albo i najlepsze?) jest to, że druga babcia jest pod tym względem taka sama 😀

***

Moja mama jest nauczycielką nauczania początkowego. Przy stole opowiadała historię, która przydarzyła jej się w ostatnich dniach.
Była wtedy na zastępstwie w innej klasie. Tematem lekcji były wyrazy wieloznaczne. Omówiony został już zamek, cebula, dzieciaki z pomocą mamy kończyły znajdowanie znaczeń wyrazu „bąk”. Był już ptaszek, była zabawka, był piłkarz, więc adrenalina z każdą kolejną podniesioną ręką rosła. Z jednej z ławek wyrywa się dziewczynka (nazwijmy ją Kasia).
Kasia: Proszę pani, ja znam wierszyk o bączku!
Mama: Ale to jest ładny wierszyk?
K: Tak!
M: Ale na pewno?
K: Tak, proszę pani. Na pewno!
M: A kto cię tego wierszyka nauczył?
K: Babcia.
Mama pomyślała sobie, że skoro babcia nauczyła, to musi być w porządku.
M: No dobrze, to powiedz.
K: Biedny bączek nie ma nóżek ani rączek. Po co trzymać bączka w d*pie? Niech polata po chałupie!
Jak możecie się domyślić, cała klasa (łącznie z moją mamą ;)) parsknęła śmiechem. Problemem było zapanować nad tą chichoczącą dwudziestką dzieciaków 😀

PS Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bardzo proszę Was o wypełnienie ankiety blogowej, którą znajdziecie w poprzednim wpisie 🙂

Obserwuj mnie na:
error