Kilka dni temu Agnes nominowała mnie do tagu „Jestem sobą”, który polega na wypisaniu cech fizycznych, które najbardziej w sobie lubimy. Nie jest to łatwe zadanie i tak samo stwierdziłabym 2 lata temu. Z tym, że kiedyś wymieniłabym 2, góra 3 rzeczy, które mi się podobają, natomiast teraz łatwiej byłoby mi wymienić te, których w sobie nie lubię. W sumie takich rzeczy chyba nie ma 🙂

Samoakceptacja jest kluczem do szczęścia. Zamartwiając się odstającymi uszami czy zbyt szerokimi biodrami sami odsuwamy szczęście od siebie. Akceptowania siebie i trzeba się nauczyć i nie jest to łatwa sztuka, ale zdecydowanie warto. Zyskujemy dzięki temu pewność siebie, jesteśmy bardziej otwarci na ludzi, odporniejsi na krytykę i radośniejsi.

Zapewne większość z Was myśli sobie teraz, że łatwo jest powiedzieć/napisać, trudniej zrobić. Z pewnością tak jest, ale ja też przez to przeszłam. Kiedy byłam dzieckiem i nastolatką, ciężko mi było znaleźć w sobie coś, co mi się podobało. Wstydziłam się mojego wcięcia w talii, uważałam, że byłam za gruba, miałam za szerokie biodra, zbyt duże uda i zbyt masywne łydki, nie lubiłam swojego nosa, uszu, oczu i w ogóle całego ułożenia elementów na twarzy, nigdy nie pasowała mi żadna fryzura, uważałam, że mam za krótkie palce u rąk i za duże stopy, nie lubiłam swojego wyrazu twarzy (żadnego!), zawsze myślałam, że mam za duży brzuch, a w dodatku fałdki na nim sprawiały, że nie raz płakałam, miałam też kompleksy dotyczące mojego biustu i rozstępów. Teraz żadna z tych rzeczy nie spędza mi snu z powiek i choć chce mi się wręcz śmiać z moich młodzieńczych problemów, to doskonale rozumiem ludzi, którzy wciąż nie potrafią siebie pokochać. Pamiętajcie o tym, że są tylko dwa wyjścia – albo zmiana, albo akceptacja. Decyzja należy do Was 🙂

Wracając do tagu – z wielkim trudem ograniczyłam się do 6 rzeczy, które najbardziej w sobie lubię i które są agregatami wielu cech fizycznych. Inaczej się nie dało 😉

1. Figura. Jestem klepsydrą, co już samo w sobie napawa mnie dumą. Uwielbiam swoją talię, którą staram się podkreślać, jak tylko mogę. Biodra, które kiedyś były moim ogromnym kompleksem, teraz uważam za jeden z większych atutów. W połączeniu z wytrenowanymi pośladkami stanowią zgrany duet (czy raczej trio) 😀 Lubię też swoje ramiona, biust, brzuch, i nogi – calutkie, bez wyjątków. A łydek zazdrości mi nawet mój narzeczony 🙂
2. Twarz. Nigdy nie powiedziałabym o sobie, że jestem klasyczną pięknością ani że mam oryginalną twarz, ale podobam się sobie w lustrze. Nawet (a wręcz przede wszystkim) bez makijażu. Lubię swoje oczy, z których można wyczytać każdą emocję, usta z „serduszkiem” na górnej wardze, nawet cerę, która choć jest bardzo problematyczna, to przy odpowiednim podejściu potrafi wyglądać naprawdę dobrze i nie potrzebuje wtedy korektorów, podkładów ani pudrów..
3. Włosy. Kiedyś powiedziałabym, że są nijakie, ale dzięki odpowiedniej pielęgnacji i cierpliwości są teraz długie, zdrowe, miękkie i błyszczące. Choć mój narzeczony zapowiada już od dłuższego czasu, że drastycznie mi je skróci, ja nie zamierzam się ich pozbywać i zapuszczam co najmniej do ślubu 🙂
4. Mięśnie. Mam na ich punkcie małego bzika 😀 Najbardziej lubię swoje tricepsy, barki i mięśnie brzucha i przy każdej możliwej okazji sprawdzam, czy aby na pewno jeszcze tam są 😉
5. Uśmiech. Uważam, że jest on najpiękniejszą ozdobą każdego człowieka. Bez niego czuję się nijaka. Na szczęście z moim optymistycznym podejściem do życia uśmiech przyklejony do twarzy dostałam w gratisie.
6. Paznokcie. Ich kształt i twardość zawdzięczam mamie, choć nie tylko geny, ale i odpowiednie odżywianie miało na to wpływ. Lubię je z dwóch względów: są naprawdę ładne i czuję się z nimi bezpiecznie.

Lista jest dość krótka, ale treściwa. Mam nadzieje, że udało mi się w niej zawrzeć wszystkie cechy mojej fizyczności.

A co Wy najbardziej w sobie lubicie? 🙂

Obserwuj mnie na:
error