A im bliżej lata tym gorzej. I już nie mówię o tym, że kobiety o sporej tuszy łapią się za 7-dniowe „oczyszczające głodówki” rodem z „Pani domu” czy pseudo-dietę kopenhaską. Przeraża mnie to, jak szybko w środowisku fit rozprzestrzenia się trend na redukcję. Wystarczy, że na jednym blogu pojawi się wpis o walce z jakże okropną i przerażającą pierzyną tłuszczu, a już reszta, jak stado owiec (nie piszę o baranach, bo nie chcę nikogo urazić), łapie się za zrzucanie tkanki, która śmiała przykryć im mięśnie. I zaczyna się obcinanie węgli, cardio na czczo, interwały po siłówce, deficyt kaloryczny. I to koniecznie jak największy, no bo przecież urlop już za 2 tygodnie, a na zdjęciach trzeba pokazać kaloryfer.

Na palcach jednej ręki policzyć mogę naprawdę rozsądne i zdrowo podchodzące do całej tej „mody na fit” dziewczyny. I bynajmniej nie uważam siebie za wzór w tej kwestii, bo sama dałam się na moment zwariować, o czym zresztą pisałam w tym poście. Na szczęście znam siebie na tyle, że wiem, że na diecie, na której miałabym liczyć kalorie, makra i ważyć każdy produkt, nie dałabym rady długo wytrzymać 😉

Wracając jednak do tematu – to wszystko zamienia się w jakiś wyścig szczurów – nie sądzicie? Kto szybciej pobiegnie, kto więcej podniesie, kto mniej zje, kto zrobi więcej treningów, kto ma mniej w talii, a więcej w tyłku. Po co i na co to komu? O wiele większą satysfakcję przynosi poprawa własnych wyników niż bycie lepszym od kogoś innego. Co z tego, że jakaś X pokonuje 5 km w 40 minut, a Ty w 35, skoro i tak stać Cię na więcej, bo trenujesz już kilka lat? Nie Czy nie bardziej cieszy bicie własnych rekordów?
Nie ukrywam, że z zazdrością patrzę na wyniki zawodników, którzy w półmaratonie osiągają czasy takie, jak ja na 10km 😉 Nie myślę jednak o tym, aby ich dogonić czy nawet prześcignąć. Cieszy mnie za to każda ucięta sekunda w porównaniu z poprzednim MOIM biegiem, ale nie tylko to. Ważniejsze od czasu, dystansu i prędkości są emocje, jakie towarzyszą bieganiu, uwalniające się po nim endorfiny, przyroda, która mnie otacza, ludzie z którymi biegnę i samo to, że robię dla siebie coś dobrego. Bo o to właśnie chodzi w tym całym „fit lifestyle’u”.
Ostatnio prowadziłam na ten temat długie rozmowy z Setterką, która też już od dłuższego czasu obserwuje ten przerażający trend. Na jej blogu wpis na ten temat również się pojawi, więc zapraszam do obserwowania.

Na blogu pojawiły się ostatnio komentarze z zarzutami o to, że w moich posiłkach jest za mało białka, że spożywam za dużo węgli i że nie widać mi mięśni.
Wielokrotnie podkreślałam we wpisach to, że nie liczę ani kalorii, ani makr, a składników, z których przyrządzam potrawy nie ważę. Jedno, co robię, to to, że staram się, aby w każdym posiłku znalazło się źródło białek, węgli i tłuszczy (oprócz przedtreningowego) plus owoce lub warzywa. Dzięki temu wiem, że w dobowym rozrachunku na pewno dostarczam swojemu organizmowi odpowiedniej ilości węglowodanów, białek, tłuszczy, błonnika, witamin i mikroelementów. Nie jestem ani „na masie”, żeby spożywać szczególnie duże ilości białka, ani na redukcji, aby ograniczać węglowodany. Zależy mi wyłącznie na tym, aby być zdrową i mieć siłę zarzucić sztangę do przysiadu i skłonu „dzień dobry” 😉

Komentarz na temat tego, że nie widać na moim ciele mięśni bardzo mnie zaskoczył, bo do tej pory czytałam i słyszałam zupełnie inne opinie. Poza tym codziennie widzę się w lustrze i jednak te mięśnie są. Więc jak to z nimi w końcu jest? 😉 Nie zależy mi na tym, żeby wyglądać jak VSAs, Bella Falconi, Laura Harris, Jen Selter, Stephanie Davis czy ktokolwiek inny na tym świecie; niezależnie od tego, czy jest czyjąś inspiracją, czy nie. To, na czym mi zależy, to siła, sprawność, pewność siebie i pokonywanie własnego umysłu, kiedy ten próbuje wmówić mi, że więcej już nie dam rady. To dlatego trenuję. A nie dlatego, żeby mieć odstający tyłek i kaloryfer na brzuchu. Owszem, to bardzo fajne efekty uboczne, ale nie są one moim celem i nigdy nie były. No dobra, może na początku stanowiły dla mnie motor napędowy, ale już ponad 1,5 roku temu doszłam do wniosku, że to nie o to chodzi.
Nie mniej jednak uważam moje „efekty uboczne” za niezwykle zadowalające i cieszę się z każdej zmotywowanej nimi osoby 😉

Od tej pory wszystkich hejterów proszę o pozostawianie adresów e-mail (względnie namiarów na inną formę kontaktu), abym mogła odesłać Was do tego wpisu, bo Wasze komentarze traktujące o tym, że powinno mi być już dawno widać mięśnie albo że spożywam za mało białka niestety nie będą publikowane.
Wy macie prawo do wyrażenia swojej opinii, ja mam prawo do niepublikowania jej na moim blogu.

Pozdrawiam wszystkich rozsądnie myślących 🙂

Obserwuj mnie na:
error