W ciągu ostatnich dni (konkretnie było ich dwa, a właściwie 1 i 2/3) przypomniałam sobie, dlaczego nie lubię diet. To znaczy tych w powszechnym znaczeniu tego słowa – z ograniczaniem ilości jedzenia, rodzajów produktów, ważeniem, liczeniem kalorii, odmierzaniem porcji, jedzeniem na godziny i inne takie; zresztą na pewno wiecie, o czym mówię. Przejdę więc od razu do tłumaczenia nie co, a dlaczego.

W środy w pracy potwornie się nudzę, jeśli nie ma akurat żadnego z szefów, w dodatku czekam już tylko na weekend i te godziny za biurkiem dłużą mi się w nieskończoność. Zazwyczaj biorę ze sobą coś do poczytania, notatki do nauki, włączam jakiś film albo odmóżdżającą gierkę, ale w tym tygodniu nic nie pomagało na nudę. A że jestem podobna do większości ludzi w tym względzie, i zazwyczaj kiedy się nudzę – wpadam na głupie pomysły, to… wpadłam na głupi pomysł. Pomysł pt. „A może by tak redukcja?”. Jako że wtedy wydawał on mi się wcale nie taki zły, szczególnie z uwagi na to, że odstawienie nabiału łączyło się z ogromną podażą kasz i ryżów z owocami, co zaowocowało (dosłownie!) – jakby to ładnie nazwać – krągłościami tu i tam (tak, chodzi o boczki), wcieliłam w życie swój plan.
Opiszę, jak to wyglądało, ale ostrzegam – NIE RÓBCIE TEGO W DOMU!

Korzystając z internetowych kalkulatorów obliczyłam swoje BMR i RMR. W przybliżeniu wyszły mi wyniki odpowiednio 1450 i 2200 kcal. 1800 kilokalorii przyjmowanych dziennie wydawało więc się być rozsądną opcją. Makra podzieliłam według wzoru 40/30/30 (WBT), co dało mi 3g węgli/kg masy ciała, 2,25g białka/kg masy ciała i 1g tłuszczu/kg masy ciała. Wszystko to podzieliłam na 5 równych posiłków (żeby w razie czego móc je spożywać zamiennie) i ułożyłam dwa całodzienne zestawy, z których jeden podziwiać możecie poniżej.

Efekt był taki, że ciągle myślałam o jedzeniu i mimo tego, że nie byłam tak naprawdę głodna, to czułam się jakbym była i wciąż miałam ochotę chrupnąć coś jeszcze. Dlatego też wczoraj, po pięknie odważonych i zjedzonych posiłkach postanowiłam tuż przed umyciem zębów zjeść kilka ciasteczek czekoladowych (fit, żeby nie było). Zjadłam i byłam strasznie zadowolona, że ta dieta się skończyła 😉

Zdecydowanie gotowe diety nie są dla mnie. Nie lubię być ograniczana. Chcę jeść, kiedy mam na to ochotę i na co mam ochotę. Nie chcę tracić czasu na ważenie składników. Chcę zjeść truskawki, kiedy będą mnie kusić zapachem i łososia, na widok którego będę się ślinić w sklepie. Nie chcę odkrawać plasterka pomidora tylko dlatego, że nie mieści się w przepisanych 100g.
Dlatego wybieram zdrowe odżywianie i słuchanie swojego organizmu. Po raz kolejny przekonałam się, że to najlepszy i najprostszy (złoty) środek 🙂

Obserwuj mnie na:
error