Jakiś czas temu zostałam poproszona o napisanie posta na temat kompleksów i tego, jak sobie z nimi radzić. Wcześniej „liznęłam” już ten temat w tym wpisie, do którego zapraszam zainteresowanych. Jeśli nie lubicie czytać dużych ilości tekstu – niczego nie tracicie, bo i tak przedstawię tu moją całą filozofię.

Zacznę od tego, że jeśli chodzi o wygląd, nie mam żadnych kompleksów. Jedyne, co stanowi mój kompleks, z którym staram się walczyć, to moja wiedza (czy raczej niewiedza?). I bynajmniej nie chodzi o to, że jestem głupia, bo za taką się nie uważam. Często jednak boję się odkrywać z moja wiedzą, kiedy z kimś rozmawiam (a nuż zagłębi się w temat i będzie drążył, aż dojdzie do momentu, kiedy nie będę wiedziała, co odpowiedzieć) albo na zajęciach, kiedy pytanie kierowane jest do całej grupy. Zazwyczaj odpowiedź, którą chciałam podać pokrywa się z tym, co powie ktoś inny i jest dobra, ale lęk przed tym, że będzie jednak niepoprawna i tylko się wygłupię, wygrywa. Zdarza mi się to coraz rzadziej, ale wciąż taki tok myślenia siedzi w mojej głowie. Jestem tak samo mądra/głupia jak Sokrates: wiem, że nic nie wiem.

Wróćmy jednak do wyglądu, bo to zapewne interesuje Was najbardziej.
Gdybym chciała, mogłabym nawymyślać sobie miliony kompleksów. Mogłabym być za wysoka, za niska, za gruba, za chuda; mogłabym mieć za szerokie biodra, za wąską talię, za mały biust, za grube uda, zbyt umięśnione łydki, za chude ramiona, krzywe palce, cellulit, rozstępy i pyzatą buzię. Pewnie gdybym Wam o tym nie napisała, nie zwrócilibyście na to uwagi, a teraz znajdą się tacy, którzy zaczną się przyglądać zdjęciom 😉
Morał z tego taki, że jeśli Ty nie będziesz zwracać uwagi innych ku twoim kompleksom i non stop o nich nawijać, nikt tego nie zauważy. Serio!

A co jeśli nie potrafisz poradzić sobie z kompleksami? Są dwa wyjścia: zmienić albo zaakceptować. Tak naprawdę zmienić w tym momencie można wszystko – jest przecież tyle rodzajów operacji plastycznych, że niedługo zabraknie weny do ich nazywania. Ale nie o to przecież chodzi. Wszczepienie implantów pośladków, mięśni brzucha czy liposukcja nie dadzą Ci takiej satysfakcji, jak to, że osiągnęłaś swoją figurę ciężką pracą. Nie jestem przeciwniczką operacji plastycznych, ale uważam, że jeśli można zmienić coś samemu, nie ma co pchać się pod nóż. Bo o ile implanty piersi czy niezbędne korekcje twarzy (krzywa przegroda nosowa, naczyniaki, blizny) jestem w stanie zrozumieć w niektórych przypadkach, tak wymienione wyżej przykłady to już według mnie konkretne przegięcie i są synonimem lenistwa.

Najważniejsza jest jednak samoakceptacja. Jeśli nie podoba Ci się to, jak wyglądasz, zawsze będziesz nienawidzić swojego ciała, nawet jeśli osiągniesz figurę, jaką na początku sobie założyłaś – w końcu każda zmiana zaczyna się od inspiracji. Dlaczego? Dlatego, że będziesz miała mniejszy biust, szerszą talię i mniej odstający tyłek niż ta pani ze zdjęcia, która była Twoją inspiracją.

Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo 170 cm wzrostu to za dużo i ktoś, kto będzie czuł się z nim jak liliput.
Ktoś, komu rozmiar stopy 39 wyda się gigantyczny i ktoś, kto będzie chciał mieć większy.
Ktoś, dla kogo miseczka „B” będzie zbyt mała i ktoś, komu taki biust wyda się zbyt dużym ciężarem.
To wszystko jest kwestią uznaniową, wyrażeniami niedookreślonymi, które dookreślasz Ty. Dlaczego więc według Twojego mniemania ideał nie może mieć właśnie 170 cm wzrostu, nosić butów o rozmiarze 39 i stanika z miseczką „B”?
Natomiast co do rozstępów, wszystko niech powie ten obrazek:

źródło: Facebook

Pamiętaj – jesteś wyjątkowa, tak jak każdy inny człowiek. Masz wyjątkową
figurę, wyjątkowy biust, wyjątkowe pośladki, wyjątkowy nos i wyjątkowe
piegi. Dzięki temu, że każdy z nas jest inny, świat jest piękniejszy.
Nie szukaj inspiracji w internecie, stań się swoją własną. Dąż do tego,
żeby stać się swoja najlepszą wersją. Z małym biustem, rozstępami i
krzywym nosem. Bo kto powiedział, że to jest złe? 🙂

Obserwuj mnie na:
error