Przy tym ZWOWie słowo „masakra” nabiera nowego znaczenia. Nie czułam się tak nawet po przebiegnięciu 12km, co było najdłuższym dystansem, jaki do tej pory pokonałam. W trakcie tego treningu tak szybko oddychałam, że nie byłam w stanie połknąć łyka wody, w rezultacie czego zachłysnęłam się i musiałam zrobić sobie blisko minutową przerwę na dojście do siebie. Po wszystkim natomiast padłam na ziemię i czułam się jak ryba wyjęta z wody. To uczucie jednak szybko minęło i zastąpiły je tzw. „endorfinki”.

ZWOW #50 jest treningiem typu time challenge, co oznacza, że powinniśmy go wykonać najszybciej, jak to możliwe. Udało mi się pobić czas Zuzki jedynie o 2 sekundy, choć gdyby nie ta przerwa, byłby to o wiele lepszy wynik – myślę, że około 40 sekund mniej. Mój czas poniżej:

High knees – wykonywane bez rekwizytów są raczej średnio intensywne. W wersji z boksem (u mnie w tej roli wystąpiła pufa) są bardzo wymagające i musiałam się nieźle dopingować żeby skończyć kolejne rundy.
Step up leg lift – jedno z dwóch przyjemnych ćwiczeń-przerywników, które pozwalają odpocząć w trakcie tego treningu.
Plank step over – może wydawać się niewinne, ale daje popalić mięśniom ramion i brzucha, który zresztą czułam jeszcze następnego dnia.
Chair jumps – drugie ćwiczenie, które jest bardzo lajtowe w porównaniu do pozostałych i daje chwilę wytchnienia.
Side step up burpee – dobijają ostatecznie. Po nich nawet high knees w kolejnej rundzie wydają się być przyjemnym spacerkiem.

Mimo że ćwiczenia są dość proste, nie poleciłabym tego ZWOWa początkującym. Jest na tyle intensywny, że trzeba mieć nie lada kondycję, aby ukończyć te 5 rund. Dlatego też oznaczam go jako trening dla średniozaawansowanych, a początkujących przestrzegam przed jego wykonywaniem – przez niego możecie się zniechęcić do ZWOWów.

Obserwuj mnie na:
error