Każdy z nas ma takie produkty żywnościowe, których nie lubi i nic ani nikt nie jest w stanie zmusić go do ich zjedzenia – ja również. Podejrzewam, że jestem jedną z najbardziej wybrednych osób, które stąpają po Ziemi, bo od dziecka rodzice i dziadkowie meli problem z karmieniem mnie – nic mi nie smakowało. Zazwyczaj kończyło się na naleśnikach lub pierogach, bo to jedyne potrawy, które mogłabym jeść na okrągło. Zostało mi to do dziś, ale teraz mocno je ograniczyłam. Z dzieciństwa wyniosłam też niechęć do wielu produktów, o których zaraz Wam napiszę.

  1. Brukselka. Zdrowa, bo zawiera selen, cynk, magnez, żelazo i milion innych pierwiastków, w dodatku naładowana jest witaminami – a ja jej nie zjem. Nie lubię jej smaku ani konsystencji po ugotowaniu.
  2. Szczaw. Zupa szczawiowa to moje przekleństwo. Moja mama robi ją dość często w sezonie letnim, kiedy świeży szczaw jest jeszcze na łąkach. Na szczęście w tym roku ominęła mnie wątpliwa przyjemność jej konsumpcji. O ile szczaw sam w sobie ma fajny, kwaskowaty smak, tak zupa jest dla mnie mdła i zwyczajnie nijaka…
  3. Biała pietruszka i seler. Ich konsystencja po ugotowaniu jest okropna. Nie chcę pisać, co mi przypomina, żeby i Wam nie obrzydzić tych warzyw, ale przez ich obecność nie jadam sałatek jarzynowych, a nalewając zupę omijam wszystko, co białe. Co ciekawe, nać selera, seler naciowy i natkę pietruszki wręcz uwielbiam. Bez zielonej pietruszki nie wyobrażam sobie rosołu.
  4. Bób. Nie wiem czemu, ale po prostu go nie lubię. Może dlatego, że było go pełno na działce mojej babci?
  5. Indyk. Mięso o wiele zdrowsze od kurczaka, bo indyki nie są podatne na faszerowanie hormonami i antybiotykami w takim stopniu, jak kurczaki. Ja od razu potrafię odróżnić miso kurczęce od indyczego i tego drugiego za nic nie zjem – nie odpowiada mi jego smak i to, że jest twardsze.
  6. Podroby drobiowe. Nie lubię kurczęcych serc i żołądków. Są okropnie twarde i odrzuca mnie sam fakt tego, że to jednak serce. Wyjątkiem są wątróbki.
  7. Pieczony schab/karkówka. Kiedyś uwielbiałam takie własnej roboty wędliny i nie mogłąm doczekać się świąt, bo zazwyzaj wtedy mama je piekła. Teraz nie mogę na nie patrzeć, chyba mi się przejadły…
  8. Wołowina i wieprzowina. W znakomitej większości przypadków nie tknę tego mięsa. Wyjątki to tatar, mięso grillowane (zazwyczaj karkówka), polędwica i schab, kiedy już jestem zmuszona go zjeść.
  9. Wędliny. Od kilku miesięcy nie jem wędlin i dobrze się z tym czuję. Do tej pory zresztą też nie było tutaj szaleństw, bo nie jadłam niczego oprócz polędwicy sopockiej, wędzonej ogonówki i szynki z piersi kurczaka. Żadnych innych wędlin nie ruszę. Ciekawostka: na pizzy zjem wszystko 😉
  10. Dziczyzna. Na temat moich poglądów na polowania i myśliwych mogłabym napisać magisterkę, na szczęście wybrałam inny temat. Mięsa sarny czy dzika nie tknę ze względu na moje przekonania, o których nie chcę tu się rozpisywać.
  11. Kawa. Tutaj można się spierać, czy jest zdrowa, czy niekoniecznie. W każdym razie ja w swoim życiu wypiłam tylko jedną kawę i to z grzeczności. Zawsze odrzucał mnie jej smak i zapach i naprawdę nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy wypijają po 3 i więcej szklanek/kubków dziennie… Dzięki temu, że nie dostarczam swojemu organizmowi regularnie kofeiny, nawet zielona herbata (a kiedyś szklanka coli) sprawia, że mogę funkcjonować o kilka godzin dłużej.
  12. Kiszona kapusta. Kojarzy mi się z rybą, bo stołując się kilka ładnych lat temu w barze, co piątek musiałam jeść taki zetaw. Ryba (a właściwie paluszki rybne) była tak okropna, że roztaczała swój urok nad kapustą, której do tej pory nie jem.
  13. Zupy. Nienawidzę zup, a już pomidorowa szczególnie powoduje u mnie gęsią skórkę. W kanonie tych, które więcej niż lubię, znajduje się rosół, ogórkowa i flaki – i jest to katalog zamknięty.
  14. Kasze. Nie wiem, dlaczego, ale nie znoszę kasz, przede wszystkim gryczanej. Bez problemu zjem za to jęczmienną i manną, chociaż ta ostatnia do najlepszych wyborów nie należy…

Z pozostałych (niekoniecznie zdrowych) produktów, które jedzą wszyscy tylko nie ja, mogę wymienić: bigos, suszone grzyby, kotlety schabowe i mielone, błonnik w pałeczkach (wygląda jak karma mojego żółwia!), wszelkie wiejskie wyroby mięsne (moi dziadkowie sami robią szynki, kiełbasy i inne wędliny – ja ich nie tknę), paprykarz (a w podstawówce go uwielbiałam), konserwy, kaszanka, żółty ser (chyba że roztopniony), suszone pomidory, galareta.
Z kolei dziwactwa, które lubię jeść to: ikra i mlecz ryby, owoce morza pod każdą postacią, ślimaki, chleb ze śmietaną lub jogurtem i jakimś dosładzaczem (wymysł mojej siostry), tatar rybny.
Więcej grzechów nie pamiętam 😉

Mimo tego, że nie jem większości mięs, części warzyw i kilku innych produktów uważanych za super zdrowe, staram się, aby moje posiłki były pełnowartościowe, a menu odpowiednio zbilansowane. Dlatego nie przejmujcie się, jeśli nie lubicie serków wiejskich albo płatków owsianych. Wciąż możecie zdrowo się odżywiać, a to, że nie jecie (z jakiegokolwiek powodu) części zdrowych produktów wcale nie oznacza, że nie możece być fit.

Jestem bardzo ciekawa, jakich fit produktów Wy nie jadacie i jakie dziwne przysmaki są Waszymi ulubionymi. Piszcie w komentarzach! 🙂

Obserwuj mnie na:
error