Właśnie mija rok od czasu, kiedy postanowiłam świadomie (to ważne słowo, zaraz zobaczycie dlaczego) żyć zdrowo. Chcę się podzielić moją historią, bo wiem z własnego doświadczenia, że takie rzeczy inspirują. I jeśli choć jedna osoba po przeczytaniu tego tekstu postanowi przejść na dobrą stronę mocy, uznam swoją misję za wypełnioną.
Od razu ostrzegam, że nie znajdziecie tu nagłych zwrotów akcji czy poruszania kontrowersyjnych tematów – nigdy nie miałam nadwagi ani zaburzeń odżywiania, nie czułam się też odrzucona przez rówieśników. Byłam zwykłą, przeciętną wręcz dziewczyną.

Myślę, że warto zacząć od wczesnego dzieciństwa, bo to ma duży wpływ na to, jaka byłam później.
Od kiedy tylko pamiętam, w moim życiu była obecna piłka nożna. Miłość do kopania zaszczepił we mnie mój Ś.P. dziadek, który był wiceprezesem jednego z klubów piłkarskich. Oglądałam z nim pojedynki w telewizji, chodziliśmy i jeździliśmy na mecze na żywo, razem z siostrą wyprowadzałam piłkarzy na murawę – i tak do czasu, kiedy nie zaczęła się poważniejsza edukacja – 3./4. klasa szkoły podstawowej. Wtedy było to dla mnie ogromne przeżycie, mimo że klub występował w III lidze. W piłkę jednak nigdy poważnie nie grałam, nie licząc meczów pod blokiem, gdzie bramkę zastępował nam trzepak. Wszystkie moje próby traktowania tego nieco poważniej i zapisania się do (nieutworzonej, ale jak przystało na aktywistkę – chciałam to zmienić) żeńskiej sekcji piłkarskiej w moim mieście były kwitowane przez moją mamę jednym tekstem: „nie, bo będziesz miała siniaki”. [Podobnie wyglądała sprawa z kick-boxingiem i harcerstwem, ale to tak na marginesie.] Jedyną moją aktywnością w tym okresie były więc podwórkowe mecze, skakanka, guma do skakania, koszykówka (o ile któryś z bardzo rozważnych sąsiadów nie postawił samochodu obok kosza) i wszystkie inne zabawy, które ‚dzieciaki lat 80. i 90.’ doskonale znają. Dziękuję moim rodzicom, że komputer dostałam dopiero na komunię i za to, że mogłam z niego korzystać tylko godzinę dziennie. Patrząc na dzisiejsze dzieciaki z mojego otoczenia, które w wieku 3 lat dostają pierwsze zabawkowe laptopy, mając 5 lat muszą już mieć komórkę, a idąc do szkoły mają własnego laptopa, nie dziwię się, że jesteśmy drugim europejskim krajem pod względem ilości otyłych dzieci.

Skoro już o szkole mowa – nigdy przenigdy nie miałam zwolnienia z WFu, nie licząc stanów krótko po chorobie – opuszczałam wtedy jednak nie więcej niż 2 lekcje. Jednakże im dalej postępowałam w edukacji, tym gorzej te zajęcia wyglądały. W podstawówce było całkiem fajnie, bo nauczyciele zawsze byli przy nas, wymyślali przeróżne zajęcia – sztafety, zajęcia przy drabinkach, rzut piłką lekarską czy skok w dal. Mam wrażenie, że w podstawówce nauczycielom zależy na tym, żeby dzieciaki polubiły sport, ale też dobrze się rozwijały.
Z gimnazjum pamiętam jednego wuefistę, którego nie lubiłam. Wystawałam ponad przeciętność, bo zawsze rzucałam do kosza jedną ręką, a on nazwał mnie Lucky-Luke i za to ma u mnie przechlapane 😀 Wtedy nie było już takiego zainteresowania ze strony nauczycieli. Raz na tydzień-dwa mieli zrywy i przygotowywali nam sztafety, bieg na 60/600/1000m czy skoki wzwyż/w dal, ale większość lekcji to albo basen i „róbcie co chcecie”, albo rzucili piłkę i „grajcie sobie”.
Z liceum nie pamiętam niczego poza siatkówką (ewentualnie spacerami, haha!) i 3/4 „ćwiczących” siedzącymi na ławce, bo „przecież 4 osoby w drużynie wystarczą, a jak się zmęczysz, to mogę na chwilę wejść”. O, przepraszam. Był jeszcze aerobik, którego ja z moją koordynacją ruchową i wyczuciem rytmu nie lubiłam najbardziej na świecie 😛 Ale mimo to skakałam i machałam rękami, jakoś szło.

W międzyczasie przeprowadziłam się z bloku do domku jednorodzinnego (miałam wtedy 13 czy 14 lat) i skończyły się podwórkowe zabawy. Po kilku miesiącach zauważyłam, że trochę mi się przytyło, postanowiłam więc przejść na pierwszą w moim życiu pożal-się-Panie-Boże-dietę – quasi-głodówkę. Wytrzymałam chyba tydzień jedząc tylko 3 jogurty dziennie (owocowe, a jak!) i zaczęłam robić po raz pierwszy Aerobiczną Szóstkę Weidera. Skończyłam ją wtedy po raz pierwszy i byłam dość zadowolona z efektów, więc stwierdziłam, że nic nie muszę już robić.
W trzeciej klasie gimnazjum i na początku liceum wyglądałam, według mnie, tragicznie. Moje ciało stawało się coraz bardziej otłuszczone i ponownie musiałam wziąć się za siebie. Jak to dobrze, że kupowałam wtedy „BRAVO Girl!”, „Dziewczynę” i inne tego pokroju pisemka! Zaczytywałam się w sposobach na płaski brzuch, smukłe uda i wąskie biodra i co rusz wprowadzałam kolejne elementy do swojego życia. Jadłam kilogramami czereśnie i w nieco mniejszych ilościach figi, machałam nogami leżąc na boku i w podporze przodem, robiłam 300 brzuszków dziennie… i tak przez 2 tygodnie. Z braku efektów porzucałam mój dotychczasowy plan treningowy i czekałam na następne wydanie gazetki i kolejną porcję ćwiczeń. I tak w kółko.

Przed maturą (dokładnie 21 marca) zaczęłam biegać. Nie dla figury, nie dla zdrowia, ale tak naprawdę i całkiem szczerze – dla szpanu. Żeby móc powiedzieć, że biegam. Później kontynuowałam to, bo zaczęło mi sprawiać przyjemność i tak biegałam do czerwca, uzyskując coraz lepsze wyniki czasowe i wizualne. Po maturach wyjechałam na wakacje do babci, tam parę razy pobiegłam z kolegami, a pod koniec czerwca poznałam mojego TŻa, który biegać niestety nie mógł. Uskutecznialiśmy więc naprawdę długie spacery i jakoś to z tym sportem było.

Na pierwszym i drugim roku studiów nie robiłam totalnie nic w kierunku aktywności fizycznej – poza obowiązkowym WFem przez jeden semestr w formie aerobiku. Bardzo podobały mi się te zajęcia i chodziłabym na nie nawet częściej, ale nie było takiej możliwości. Nie robiłam więc nic.

Przełom nastąpił na trzecim roku. W grudniu spojrzałam na swój brzuch i pomyślałam, że nie chcę być zmuszoną do ukrywania go. Chciałam bez wstydu móc pokazać się na plaży i siedzieć nie zasłaniając brzucha ręcznikiem. I mieć w końcu fajne zdjęcia z wakacji.
Trafiłam na Vitalię i zaczęłam kręcić hula hoop, później dorzuciłam jeszcze słynne 8 min. ABS. Efekty przychodziły powoli, ale byłam cierpliwa i zawzięta.

W lutym postanowiłam przejść na dietę i wybrałam taką, w której nie będę musiała z niczego rezygnować i da szybkie efekty – 1000 kcal. Byłam na niej 2 tygodnie i postanowiłam powoli z niej wychodzić – dodając 100 kcal tygodniowo. Doszłam do 1500 i wciąż chudłam! Nie chciałam ważyć mniej, bo 54 kg przy 172 cm wzrostu to już trochę mało. Moje ręce zaczęły wyglądać jak patyki, znajomi pytali czy mam jakieś problemy, rodzice na każdym kroku mówili mi, że wpadnę w anoreksję, a TŻ robił wszystko, żebym zaczęła więcej jeść. A ja, osiągnąwszy już moją wymarzoną wagę, nie chciałam ani przytyć, ani więcej chudnąć i byłam w kropce. W dodatku ćwiczyłam wtedy bardzo intensywnie, bo byłam w trakcie wykonywanie programu TurboFire, dorzuciłam do tego jeszcze Brazil Butt Lift, bieganie, Skalpel i po raz drugi zrobiłam A6W. Liczyłam każdą spaloną kalorię, zawsze wychodziło ich ponad 1000, czasami nawet 2000. Czułam się dobrze przez cały czas trwania diety i tak intensywnych treningów, spożywałam zdrowe produkty, więc nie doświadczyłam łamania paznokci, szarzenia skóry czy wypadania włosów. Wypadanie zaczęło się kilka miesięcy później, wtedy też miałam problem z łamliwością paznokci (pisałam o tym tutaj), na szczęście to dość szybko minęło. Przestałam liczyć kalorie i zaczęłam się w miarę zdrowo odżywiać, nie porzucając treningów.

Po trzecim roku miałam praktyki studenckie, przez ten miesiąc mieszkałam u babci. Jak to jest z babciami – każdy wie. Ja dodatkowo jestem bardzo wybredna, jeśli chodzi o jedzenie, więc moja babcia zawsze gotuje coś, co lubię – żebym tylko zjadła. Wracając z prokuratury zawsze miałam na obiad spaghetti, naleśniki, pierogi i inne smakołyki, które ze zdrowym odżywianiem nie mają nic wspólnego. Do tego co tydzień piekłyśmy ciasto, a na praktyki nosiłam ze sobą 7Daysa i, żeby nie było całkiem „niedietetycznie”, jakąś sałatkę. I oczywiście Chodakowska minimum 5 razy w tygodniu, żeby tylko spalić te kalorie. Wtedy zrozumiałam, że dieta to nawet więcej niż 70% sukcesu.

Rok temu postanowiłam, że zacznę w końcu o siebie dbać. Uczę się ciągle o treningach i zdrowym odżywianiu i czuję, że jest coraz więcej rzeczy, o których jeszcze nie wiem. Cały czas próbuję czegoś nowego, a jest jeszcze tyle rzeczy, których nie sprawdziłam na sobie… Staram się zarażać zdrowym stylem życia wszystkich dokoła, ale nie jest łatwo. Wiem po sobie, że większość ludzi musi nauczyć się na własnych błędach, ale może ten post trafi przynajmniej do tej mniejszości.

Jakie były Wasze początki? Co pchnęło Was do zmiany sposobu odżywiania i regularnych ćwiczeń? A może wciąż czekacie na taki bodziec?

Obserwuj mnie na:
error