Źródło

Do napisania tego wpisu zainspirował mnie post Savannah Grey. O tym, jakie są moje cele (bardzo ruchome zresztą), pisałam 3 tygodnie temu
i w tym czasie kilka z nich udało mi się zrealizować, choć reszta nadal
pozostaje aktualna. Nie o tym chcę jednak pisać, ale o tym, co siedzi w
głowach osób przechodzących na „jasną stronę mocy”.

Większość
takich osób decyduje się na zmianę swojego stylu życia pod wpływem
motywujących fotek z tumblr czy facebooka, zrobionych trenerkom fitness,
laureatkom konkursów IFBB Bikini, aniołkom VS itd. I pół biedy, jeśli
na takiej motywacji się kończy.
Gorzej sprawa wygląda, kiedy za
wszelką cenę chcemy być takie, jak ta X.Y. – 90/60/90, jędrne pośladki,
lekko umięśnione ramiona, nóżki jak patyczki, krata na brzuchu i 12% BF.
Załóżmy, że będziesz miała niesamowite szczęście i uda Ci się osiągnąć
taką sylwetkę. Co dalej? Przestaniesz ćwiczyć i napadniesz na najbliższy
McDonald’s?

A teraz prześledźmy najczarniejszy (i
najbardziej prawdopodobny) scenariusz – nie będziesz w stanie osiągnąć
sylwetki, która widnieje na tapecie w telefonie, na pulpicie komputera i
na lodówce. Oczywiście z przyczyn od Ciebie niezależnych, bo ćwiczysz i
odżywiasz się wzorowo, tylko masz zbyt grube kości, za szerokie biodra
albo za mały biust. Załamiesz się? Prawdopodobnie.

Dlatego celem nie powinien być fit-wygląd, tylko bycie fit.

Źródło

Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że
mam nieprzeciętnie szerokie biodra i wąską talię, dlatego nie będę
nigdy wyglądać jak Ewka ani Zuzka, u których ta różnica nie jest aż tak
widoczna.
Z szerokimi biodrami w parze idą mocne uda, a za tymi ciągną się dość rozbudowane łydki.
W
żadnym wypadku jednak nie nienawidzę swojego ciała. Wiem, że z tymi
jego częściami nic nie zrobię w kierunku drastycznego zmniejszenia ich
objętości (chyba że odrąbię sobie kawał miednicy i kości udowych),
dlatego akceptuję ich wygląd. Pracuję nad nimi, ale tylko w kierunku
wzmocnienia mięśni, a ćwiczę dla samej przyjemności i dla zdrowia.

Jeśli
chodzi o odżywianie się, to moja babcia do tej pory nie może przetrawić
tego, że rezygnowanie z kopytek czy białego chleba nie równa się
odchudzaniu, ale to pokazuje, jak wiele osób podchodzi do zmiany nawyków
żywieniowych. Bycie fit to styl życia, a nie droga do celu!
Dlatego
najlepsza jest tutaj metoda drobnych kroczków – stopniowe eliminowanie
produktów szkodzących naszemu organizmowi, a wprowadzanie tych
właściwych. Jeśli obudzisz się pewnego dnia rano i postanowisz nie jeść
słodyczy, pić 2,5l płynów dziennie, odstawić produkty mączne, jeść
warzywa 5 razy dziennie, ćwiczyć godzinę 6x w tygodniu itp.itd., to
szybko się zniechęcisz albo będziesz się męczyć i odetchniesz z ulgą,
kiedy w lustrze zobaczysz wymarzoną sylwetkę i stwierdzisz, że nie
musisz już się katować.
Zmiana nawyków żywieniowych powinna być
trwała, a żeby taka była, nie może męczyć. Jeśli uwielbiasz pizzę, lody,
zapiekanki czy cokolwiek innego, co powinno być zakazane – zostaw sobie
eliminację tych produktów na koniec. Zastąp je najpierw zdrowszymi
zamiennikami, aż w końcu pozbędziesz się ich w ogóle.
Dla mnie
najgorszą sprawą (jedną z wielu zresztą) było odstawienie chipsów.
Przedostatnim razem próbowałam ich wczesną jesienią, ale ostatnio
zakupiłam paczkę około 1,5 miesiąca temu. Normalnie zjadłabym całą, ale
po tak długim odwyku 1/3 całości wystarczyła, żeby pojawił się ból
brzucha i nudności. Od tej pory pamiętam to uczucie za każdym razem,
kiedy widzę chipsy i dzięki temu wiem, że już ich nie tknę.

Podsumowując
– nie inspiruj się zdjęciami kobiet-anonimów. Bądź najlepszą wersją
siebie. Pokochaj swoje ciało, ćwicz z miłości do niego i odpowiednio je
odżywiaj, a na pewno Ci się odwdzięczy.

Obserwuj mnie na:
error